piątek, 18 stycznia 2019

Dzień Kubusia Puchatka






Dzień Kubusia Puchatka

Kubuś Puchatek to postać kochana na całym świecie. Nic więc dziwnego, że doczekał się nawet swojego święta. Nieoficjalny (przynajmniej na razie) Dzień Kubusia Puchatka obchodzimy 18 stycznia, czyli w rocznicę urodzin Alana Milne'a - pisarza, który stworzył postać misia o małym rozumku.
Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka jest doskonałą okazją do przypomnienia sobie o tym niezwykłym bohaterze...


Złote myśli Kubusia Puchatka, które udowadniają, że nie był to jednak Miś o małym rozumku...

1. Jestem bardzo szczęśliwy, bo mam kogoś, kto sprawia, że trudno jest powiedzieć "do widzenia".

2. Ludzie mówią, że nic nie jest niemożliwe, ale przecież to NIC to ja robię codziennie.

3. - Jak przeliterować miłość? - zapytał Prosiaczek.
    - Miłości nie da się przeliterować. Musisz ją poczuć... -      
      odpowiedział Puchatek.

4. Obiecaj, że zawsze będziesz o tym pamiętał: jesteś odważniejszy niz sam w to wierzysz, jesteś silniejszy niż Ci się wydaje i jesteś mądrzejszy niż myślisz.

5. - Czasami - powiedział Kubuś - najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca w Twoim sercu.

6. Jeżeli osoba, z którą rozmawiasz, zdaje się Ciebie nie słuchać - bądź cierpliwy. Być może ma po prostu mały kłaczek w uchu.

7. Nie możesz nie doceniać "Robienia Niczego". Czasami wspaniale jest po prostu iść przed siebie i nie przejmować się niczym...

8. Jeżeli wszystko jest miodem, a ja jestem tym, co zjem, więc jestem zrobiony z miodu, a życie jest bardzo słodkie...

9. Dzień bez przyjaciela jest jak dzbanek, w którym nie została nawet kropelka miodu.

10. Wypadki to zabawne rzeczy, Nigdy Ci się nie przytrafią, dopóki... się nie przytrafią.

11. - A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść - spytał Krzyś, 
        ściskając misową łapkę - co wtedy?
      - Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek - posiedzę tu 
        sobie i  na Ciebie poczekam, bo kiedy się kogoś kocha, 
        to ten drugi ktoś nigdy nie znika...

12. Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić...




poniedziałek, 7 stycznia 2019

BOHEMIAN RHAPSODY - recenzja filmu





W branży filmowo - telewizyjnej ZŁOTE GLOBY, zaraz po Oskarach, uznawane są za najważniejsze wyróżnienie. W tym roku najlepszym dramatem został film pt. "BOHEMIAN RHAPSODY" w reżyserii Bryana Singera, a grający w tym filmie główną rolę Rami Malek doceniony został za kreację Freddiego Mercury'ego. 
Poniżej recenzja nagrodzonego filmu, której autorką jest uczennica klasy 3e gimnazjum, OLIWIA KSIĄŻEK.




,,Słodki hołd dla Królowej’’

           Bohemian Rhapsody” to porywająca opowieść o kolosalnym fenomenie legendarnego zespołu rockowego, jakim był, jest i będzie Queen oraz o  jednym z najważniejszych głosów w historii nowożytnej, którego geniusz muzyczny sprawił, iż pokochały go miliony. Początek seansu zabiera widza we wczesne lata siedemdziesiąte, gdzie poznaje młodego Freddiego Mercury’ego (w tej roli Rami Malek), a właściwie to jeszcze Farrokha Bulsarę, pochodzącego ze wschodniej Afryki, pracującego na lotnisku chłopaka z wielkimi aspiracjami. Przyszły wokalista wskutek pewnych zdarzeń zapoznaje się z Brianem Mayem (Gwilym Lee), Rogerem Taylorem (Ben Hardy) oraz Johnem Deaconem (Joseph Mazzello), z którymi rozpoczyna swoją muzyczną karierę i drogę na szczyt.       
  Ponadczasowy dorobek muzyczny kapeli zapewnił jej nieśmiertelność, a także miejsce w sercach ludzi na całym świecie. W końcu, kto choć raz nie słyszał kultowego We Are The Champions”, czy nie tupał i klaskał w rytm „We Will Rock You”? Brytyjska grupa słynęła z rewolucyjnego brzmienia, łamania schematów, tudzież pełnego kontrowersji i skandali życia Mercury’ego. Czy dwugodzinny film studia 21th Century Fox poradził sobie jednak z materiałem? Dla wielu jest to kwestia sporna.
          Odsłonięty 2 listopada 2018 roku filmowy pomnik, noszący zaszczytną nazwę kultowej i przełomowej piosenki autorstwa  wspomnianej wyżej grupy muzycznej, został wyreżyserowany przez Bryana Singera. Scenariusz napisał Anthony McCarten, autorem ujmujących zdjęć był Newton Thomas Sigel, zaś nienagannym montażem zajął się John Ottman. Mimo że  produkcją filmu zajęli się doświadczeni zawodowcy w swoim fachu, to wiadomo, że prace na planie w pewnym momencie szły bardzo źle, co z pewnością zaniepokoiło rzesze śledzących nowinki fanów. Ostatecznie, ciążące nad filmem fatum nie wpłynęło na jego jakość i zyskał 11 nominacji do nagród.
            Biografia Queen na dużym ekranie  porusza wydarzenia z życia zespołu od jego powstawania do koncertu Live Aid na stadionie Wembley w 1985 roku, który jest jego finałem. Nie jest to do końca prawda, gdyż twórcy najwyraźniej chcieli umieścić wszystkie ważne informacje o zespole w owej produkcji. Między innymi  na potrzeby tej wizji w filmie została zmieniona data wydania jednej piosenki, a Mercury usłyszał tragiczną diagnozę dwa lata za wcześnie. Dla prawdziwego fana, recytującego życiorys kapeli na pamięć, był to pewnie cios poniżej pasa, ale poza tym typem osoby, zmodyfikowana chronologia nie stwarza dużego problemu, gdyż widz najzwyczajniej chłonie to, co jest na ekranie. Zabieg ten pozwolił poruszyć dużą ilość faktów, natomiast nie wyszło to we wszystkich przypadkach na dobre. Podczas seansu, jako osoba z małą wiedzą o ikonicznej grupie rockmanów, nie przejmowałam się tym w żadnym stopniu. Uważałam, że wszystko jest zrobione perfekcyjnie. Dopiero po zapoznaniu się z życiorysem Freddiego, mogę stwierdzić, że w porównaniu do faktów, parę elementów przedstawiono w tym filmie zbyt powierzchownie i „bezpiecznie”. Nie zmienia to jednak tego, że na samym seansie bawiłam się świetnie.
            Kwestię castingu można opisać jednym słowem - idealny. Wszyscy aktorzy, grający członków Queen, z wyjątkiem aktora grającego Freda, wyglądają niemalże identycznie, co ludzie, w których rolę się wcielili. Szczególnie Gwilym Lee. Wracając do wokalisty, Rami Malek nie jest specjalnie podobny z twarzy do Freddiego, jednakże to nie wygląd jest najważniejszy, a umiejętności aktorskie. Malek opanował do perfekcji specyficzną gestykulację, poruszanie się i wymowę Mercury’ego. Widz po prostu go „kupuje”, jako zmarłego w 1991 roku showmana. Są takie sceny, podczas których można się rozpłakać. Tak to dobrze zagrał. Trzymam kciuki i mam nadzieję, że zdobędzie za rolę Oscara.
Wypisywanie wszystkich nazwisk jest bezcelowe. Krótko mówiąc, wszyscy aktorzy to strzał w dziesiątkę.
     Do strony wizualnej nie mam żadnych zarzutów. Każdy kadr tego filmu jest dopracowany. Warto podkreślić, że kostiumy w tym filmie prezentują się zachwycająco.
       Muzyka to zdecydowanie to, po co się idzie na „Bohemian Rhapsody” do kina. Najlepsze momenty tego przeboju kasowego (714.828.000 USD przy budżecie 52 milionów), to sceny z koncertów, nie mówiąc już o finale, który jest nieziemski. Majstersztyk. Wszystko zostało zrobione tak, aby widzowie mogli poczuć się, że są na tych muzycznych pokazach. Tego się lepiej nagrać nie mogło.
           W mojej opinii jest to bardzo wzruszająca oraz godna uwagi produkcja filmowa, którą jedyną wadą jest to, że traktuje niektóre wątki lekceważąco. Mam wrażenie, że spodoba się bardziej osobom, które z historią Queen nie miały dużo do czynienia.  Tak czy inaczej, można  filmowi wybaczyć wady i czerpać radość z oglądania go na dużym ekranie. Z chęcią poszłabym na seans jeszcze raz.