wtorek, 19 listopada 2013

"Morfina" Szczepana Twardocha


Dlaczego?

Dlaczego?- to  pierwsze słowo, jakie  wydałem z siebie  po przeczytaniu ostatnich stron  „Morfiny”. Byłem po prostu  oszołomiony,  wniebowzięty losami Konstantego Wilemanna i jednocześnie zrozpaczony tym, że  nie  poznam jego  dalszych  perypetii.

 


Trzymając się kanonu takiej recenzji, chcę w   swoich pierwszych słowach przytoczyć kilka podstawowych informacji o tej wybitnej lekturze. „Morfina” to powieść autorstwa Szczepana Twardocha, która została nagrodzona Paszportem Polityki 2012 i nominowana do tegorocznej nagrody literackiej  Nike (możecie o tym przeczytać w naszych ‘Aktualnościach kulturalnych’).
         Część  formalną mogę  uznać za  zakończoną, więc  nadszedł czas  na  moje  bardzo subiektywne zdanie  o tej publikacji. Pierwsze strony dziejów głównego bohatera wciągnęły  mnie  całkowicie  do jego  świata  i wypuściły  dopiero po kilku  dniach – kiedy po prostu  udało mi się przeczytać tę książkę. 
            Konstanty  Wilemann będąc wręcz podręcznikowym antybohaterem, zafascynował mnie, zauroczył, był dla  mnie jak tytułowa  morfina – wprowadzał w błogostan i zaciekawienie. Moim marzeniem była możliwość przeniesienia  się do jego świata i kroczenie  z  nim po zgwałconej (jak zwykł mawiać bohater) wojną Warszawie. Niejednokrotnie miałem ochotę przemówić do niego, wpłynąć na jego losy, niestety było to niemożliwe, a takie pragnienie wręcz dziwaczne.
Gdybym ten wywód  mógł przeczytać autor wyżej komplementowanego dzieła, chciałbym mu przekazać, że uwielbiam go i  nienawidzę  jednocześnie. Uwielbiam za to, że wykreował tak wspaniałego bohatera, który z całą swoją bezradnością próbuje  rozwiązać sieć problemów i  sytuacji w jakich jest postawiony. Nienawidzę zaś za to, że nie będzie mi dane poznać tego, co mogłoby  być. Chciałem móc wykrzyczeć mu w twarz - Dlaczego?! Po przeczytaniu jednak po raz drugi ostatnich wersów„Morfiny” - straciłem ochotę, bo przecież „Nic nie jest dla czegoś” …
Bartek Gieszczyk   

PS Szczepana Twardocha spotkaliśmy na tegorocznych Targach Książki w Krakowie. Poniżej zamieszczamy jego zdjęcie, które wówczas udało nam się zrobić akurat w momencie, kiedy wpisywał nam dedykację do książki...
Jeśli chcecie posłuchać samego autora „Morfiny”, który opowiada o tym, jak powstawała jego powieść, zapraszamy na stronę internetową…



poniedziałek, 18 listopada 2013

Na jesienną nutę...






Wiersz nr 3

JULIAN TUWIM: "Wspomnienie"
Mimozami jesień się zaczyna, 
złotawa, krucha i miła, 
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna, 
która do mnie na ulicę wychodziła. 
 
Od twoich listów pachniało w sieni, 
gdym wracał zdyszany ze szkoły, 
a po ulicach w lekkiej jesieni 
fruwały za mną jasne anioły. 
 
Mimozami zwiędłość przypomina 
nieśmiertelnik żółty - październik. 
To ty, to ty, moja jedyna, 
przychodziłaś wieczorem do cukierni. 
 
Z przemodlenia, z przeomdlenia senny, 
w parku płakałem szeptanymi słowy. 
Księżyc z chmurek prześwitywał jesienny, 
od mimozy złotej majowy. 
 
Ach czułymi, przemiłymi snami 
zasypiałem z nim gasnącym o poranku,  
w snach dawnymi bawiąc się wiosnami, 
jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką...

PS Ciekawa jestem, czy ktoś z Was wie, który polski wokalista ma w swoim repertuarze śpiewaną wersję tego wiersza?
EM


Co John Lennon robił w szkole?




Dzienniczek z uwagami Johna Lennona trafi na aukcję internetową. Dokument o mały włos nie zostałby spalony! Zachował się dzięki pewnemu nauczycielowi. Autentyczność dzienniczka potwierdza Pete Shotton –  kolega ze szkolnych lat legendarnego muzyka, a także Peter Beech – ówczesny dyrektor szkoły Quarry Bank High School For Boys w Liverpoolu, do której uczęszczał Lennon.
Jak donosi serwis polishexpress.co.uk, w dzienniczku odnotowano kilka uwag. Jedna dotyczy bójki w klasie, inna zaś „sabotażu”. Są też takie uwagi, jak „uciążliwość”, „przepychanki”, „zupełny brak zainteresowania”. W szkolnych dokumentach znalazła się też adnotacja, że przyszły członek The Beatles musiał kilka razy zostawać po lekcjach w ramach kary...
Szkolny dzienniczek uratował nauczyciel, któremu powierzono zadanie zniszczenia starej dokumentacji szkolnej. Miał zrobić miejsce w archiwum dla nowych akt, jednak w stercie papierów natrafił na kartki opatrzone słynnym nazwiskiem, więc postanowił je zatrzymać. 
22 listopada odbędzie się internetowa aukcja tego dzienniczka.


sobota, 16 listopada 2013

Opowiadanie Pauliny na jesienny wieczór...


Ten dzień był deszczowy i chłodny, zresztą jak wszystkie w tym tygodniu. Niby kończyła się wiosna, a za oknami starych kamienic wyglądało, jakby był środek października.
Clove siedziała na dywanie w ciemnym pokoju, szlochając cichutko, a w tle słychać było „Eyes on Fire”. Dziewczyna spojrzała kątem oka na przewrócone, kartonowe pudełko i po chwili znów wlepiła wzrok w zdjęcie małej dziewczynki. Była to jej mama, kiedy miała trzy lata. Clove nigdy wcześniej nie widziała jej na oczy, nie licząc tego jedynego zdjęcia. Słyszała kilka wersji, dlaczego ją zostawiła. Jedni mówili, że to przez nałogi, drudzy, że nie była gotowa na to, żeby opiekować się dzieckiem, jeszcze inni, że była za bardzo zajęta sobą, pracą, hobby albo znalazła innego mężczyznę. Nawet nie znała jej prawdziwego imienia. Nikt przecież nigdy nie poruszał TEGO tematu z Clove... Dziewczyna nie płakała jednak z tęsknoty za mamą. Jej łzy spowodowane były tym, że jej znajomi nie akceptowali jej wyglądu, stylu życia.
Miała 14 lat i też na tyle wyglądała. Gruby, brązowy warkocz spływał po jej ciele aż do pasa. Spod ciemnoczerwonej, lekko pofalowanej grzywki patrzyła na świat dużymi, szarymi oczami. Nie była zwolenniczką makijażu, więc nawet nie posiadała dużej ilości kosmetyków. Miała nieskazitelnie czystą i bladą skórę, jakby przed chwilą płatki śniegu oblepiły całej jej ciało. Zazwyczaj była miła, lecz bardzo szybko się denerwowała. Czasem nawet lubiła się pośmiać, ale nie było to takie łatwe, bo brakował po prostu powodów do uśmiechu. Coraz częściej w szkole musiała znosić komentarze pod swoim adresem. Często na swojej szafce znajdowała wypisane jakieś hasła. Nie były one miłe. Czasem zamieniła kilka słów z kolegami, ale na koleżanki (wymalowane kobietki, chodzące na platformach z różowymi torebkami) nie miała co liczyć. I tak większość przerw między lekcjami spędzała w szkolnej bibliotece, w której raczej nie zbierały się tłumy. Oprócz czytania Clove mogła jeszcze pogawędzić ze starszą bibliotekarką, panią Doods. Po powrocie ze szkoły dziewczyna chodziła dwie ulice dalej na treningi, ale nie siatkówki jak to robiła większość klasy. Clove trenowała łucznictwo. Bardzo lubiła swojego trenera, więc spędzała tam sporo czasu. Uczyła się też grać na gitarze klasycznej, lecz nie chodziła na jakiekolwiek zajęcia. Wolała uczyć się sama ze starych podręczników i internetu. Tak w roku szkolnym mijały dni.
Clove poskładała wszystkie zdjęcia i włożyła je do pudełka. Po wsunięciu go pod łózko, przebiegła wzrokiem po swoim pokoju i zobaczyła wiszący nad łóżkiem plakat z nagłówkiem: „Obóz dla młodych łuczników 30.06- 20.07”. Otarła łzy, sięgnęła po swój granatowy dziennik  i od razu wzięła się za pisanie:

          /28.06 czwartek/
         „Drogi pamiętniku, to już za dwa dni! Nie mogę się doczekać, kiedy na własne oczy zobaczę                   Glimmer Eveden. Może uda mi się z nią porozmawiać. Mam taką nadzieję!”.

Zamknęła zeszyt i powędrowała do pełnej walizki. Spojrzała na plakat z twarzą Glimmer i przebiegła palcami po skórzanym kołczanie. Jednak radości towarzyszył też strach. Czekały ją przecież zawody, które miała oceniać sama Glimmer. Wbiła wzrok w ścianę i wyszeptała do siebie: „Będę najlepsza…” wskoczyła do łóżka i zasnęła.
         Następny dzień był taki sam jak pozostałe. Różnił się jedynie tym, że zamiast lekcji i przesiadywania w bibliotece odebrała świadectwo i po pożegnaniu pani Doods poszła do domu. Resztę dnia spędziła na strzelnicy. Po powrocie do domu od razu poszła spać. Nawet nie zwracała uwagi na tatę, ponieważ jak zwykle był zajęty pracą.
         Przez całą noc myślała o tym, ile punktów zdobędzie jutro, a raczej dzisiaj, ponieważ była już godzina 2:38 (!!). Dopiero około 4:30 udało jej się zasnąć.
         Rano wstała bez problemu, bo wiedziała, co ją czeka. Zjadła śniadanie, ubrała brązową luźną bluzkę, rozpiętą koszulę z jeansu i szare legginsy. Włosy związała w warkocz i wyszła. Miała jeszcze mnóstwo czasu. Na przystanku skąd odjeżdżał autobus, spotkała swojego przyjaciela, którego znała ze strzelnicy. Poza panią Doods i trenerem to właśnie z nim dogadywała się najlepiej. Miał na imię Luke. Tak jak Clove miał 14 lat, jednak nie chodził do tej samej szkoły.
         12 godzin jazdy minęło bardzo szybko, tym bardziej, że dziewczyna miała z kim porozmawiać, a temu chłopakowi mogła powiedzieć bardzo dużo.
         Kiedy już prawie dotarli, Clove wypadł dziennik z plecaka. Luke podniósł go i przeczytał ostatni wpis.
         - Eveden?- zapytał
         - Jak powiesz, że jej nie znasz albo nie lubisz, przysięgam - uduszę cię..
         - Oczywiście, że znam!- zaśmiał się, a na twarzy Clove pojawił się uśmiech.
         - Masz szczęście - zachichotała i po chwili wygłupów odebrała zeszyt chłopakowi.
Wszyscy wysiedli z autobusu, a ich oczom ukazał się przepiękny widok – taki, jaki widzieli już rok temu. Na środku rozciągało się jezioro z odbijającymi się barwami zachodzącego słońca. Po prawej stronie krajobrazu stały cztery drewniane chaty – to w jednej z nich mieli zamieszkać. Zaś po lewej widać było wielką polanę, a na niej strzelnicę. Dla dziewczyny piękniejszy widok nie istniał. Niezapomniany zapach lasu wokół obozu unosił się w powietrzu.
Po rozpakowaniu się  wszyscy zebrali się przy jeziorze, aby lepiej się poznać. Clove nie miała z tym najmniejszego problemu, ponieważ wszyscy byli tutaj tacy jak ona: ubrani w barwy moro, uwielbiający biegać  z łukiem po polanach i łąkach. Szybko zapoznała się z resztą uczestników obozu, a następnie w ramach relaksu wszyscy poszli na strzelnice.
Dzień szybko się skończył i dziewczyna wróciła do przydzielonego wcześniej pokoju 22, który dzieliła z nowymi koleżankami. Kiedy weszła, dziewczyny zachęcająco uśmiechnęły się do niej, a w tle widniały rozmaite plakaty Glimmer. „Znalazłam bratnie dusze”: powiedziała do siebie. Następnego dnia miała pojawić się ich idolka, więc cała podekscytowana czwórka poszła szybko spać.
Rano wszystkie dołączyły do grupy, aby przywitać się z Glimmer. Pytania padały jedno po drugim. Clove tylko słuchała uważnie i zapamiętywała odpowiedzi. Wgapiała się w jej twarz, bo wiedziała, że jest coś jeszcze niż tylko to, co na zdjęciu czy plakacie. Coś znajomego. W pewnym momencie przypomniała sobie 3- letnie dziecko ze zdjęcia. Tak. To ta sama twarz, rysy, szare oczy i śnieżnobiała skóra. Wystarczyło tylko, żeby padła odpowiedź: „Po byłym mężu miałam na nazwisko Forbes…” Clove nie mogła w to uwierzyć... Postanowiła powiedzieć o tych domysłach swojemu opiekunowi, z którym  doskonale się dogadywała. Razem  sprawdzili biografię Glimmer i wszystko było jasne...
W te wakacje Clove odnalazła swoją mamę, a Glimmer obiecała jej, że na obozie nadrobią wszystkie stracone lata, zaś po powrocie zaczną po prostu od nowa i już nic nie będzie takie samo, bo przecież mają wreszcie siebie...

/11.07 czwartek/
„Drogi pamiętniku, tych wakacji nie zapomnę do końca życia… A zawody? Poszło świetnie.                Drugie miejsce!".

Paulina Pryk


czwartek, 7 listopada 2013

Mamy Niepodległą!




W ramach akcji społecznej "Mamy Niepodległą!" każdy z nas może wysłać znajomym życzenia z okazji zbliżającego się Święta Niepodległości Polski obchodzonego 11 listopada.
Inicjatorem tej patriotycznej akcji jest Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Polega ona na bezpłatnym wysłaniu elektronicznej kartki z patriotyczną grafiką oraz hasłem "Mamy Niepodległą!".

Wystarczy wejść na stronę internetową muzeum dostępną pod adresem www.muzeumpilsudski.pl, odnaleźć link "wyślij e-kartkę", wybrać jedną z dostępnych grafik, a następnie wpisać adres e-mail adresata i swój podpis. Po wciśnięciu przycisku "wyślij" kartka automatycznie trafi do skrzynki emailowej wpisanego odbiorcy. Do kartki zostaną dołączone, również automatycznie, życzenia:
"Wszystkiego dobrego z okazji Narodowego Święta Niepodległości".
Autorami kartek są znani polscy artyści: Piotr Młodożeniec, Andrzej Pągowski i Józef Wilkoń. Akcję wsparły osoby ze świata polityki, kultury i sportu. Są wśród nich m.in.: Daniel Olbrychski, Emilian Kamiński, Grażyna Wolszczak czy Mateusz Damięcki. Akcja ma na celu zachęcić Polaków do wspólnych radosnych obchodów Narodowego Święta Niepodległości.
Z możliwości wysłania e-kartki można korzystać do 11 listopada włącznie.




wtorek, 5 listopada 2013

"W pierścieniu ognia" - zapowiedź filmu


Witajcie! 
Witajcie trybuci 75. Igrzysk Głodowych!


Wielbiciele słynnej na całym świecie trylogii Suzanne Collins już dawno odliczają ostatnie tygodnie i dni do premiery ekranizacji  "W pierścieniu ognia". 
Druga część dramatu pojawi się w kinach 22 listopada. Opowiadać będzie o dalszych losach nieszczęśliwych kochanków, którzy po raz kolejny będą musieli toczyć zaciekłe pojedynki z przedstawicielami innych dystryktów.
Główna bohaterka Katniss Evedeen (Jennifer Lawrence) razem z walecznym i opiekuńczym Peetą Mellarkiem (Josh Hutcherson) pragną pokazać prezydentowi oraz całemu Kapitolowi, że nie są "kolejnymi pionkami w ich grze". Rozpoczyna się więc rebelia, a na jej czele stoi Katniss symbolizująca Kosogłosa...
Wyruszcie na arenę u boku dziewczyny igrającej z ogniem i pamiętajcie: "Niech los zawsze wam sprzyja…"
Paulina Pryk

środa, 30 października 2013

Spieszmy się kochać ludzi...


W tym tygodniu proponujemy Wam wiersz, który niezmiennie wprawia nas w zadumę i sprawia, że zaczynamy zastanawiać się nad kruchością naszego życia. Dzieje się tak niezależnie od tego czy czytamy ten utwór pierwszy raz, czy znamy go już na pamięć. 
Dzień Wszystkich Świętych to przecież odpowiedni czas na refleksję...





Wiersz nr 2   

ks. JAN TWARDOWSKI: "Spieszmy się kochać ludzi..."

Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stad odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


wtorek, 22 października 2013

Niektórzy lubią poezję...


Według najnowszych badań Biblioteki Narodowej 61% Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku żadnej książki. Po co najmniej siedem książek sięgnęło zaledwie 11% z nas. Spośród tych, którzy w ogóle czytają książki, tylko 7% wybiera poezję...
Musicie przyznać, że dane te są rzeczywiście zatrważające…Zespół Kulturalni(e) nakręconych takim statystykom mówi kategoryczne „NIE”! Nasz blog powstał przecież po to, żeby zachęcać do czytania właśnie – tym razem poezji. Będziemy więc Wam proponować  wiersze, które Nas w jakimś stopniu zainteresowały, zaintrygowały, poruszyły i dlatego chcemy, żebyście i Wy je przeczytali. Liczymy na to, że po kilku tygodniach przynajmniej niektórzy z Was zaczną odczuwać głód poezji. Czekamy zatem na pierwsze sygnały… Naszą „metodą na głoda” będzie po prostu kolejna porcja dobrych wierszy…

Wiersz nr 1
WISŁAWA SZYMBORSKA: "Niektórzy lubią poezję"

Niektórzy –
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich, ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.

Lubią –
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.

Poezję –
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy.


                           







  
    

Nie bez powodu proponujemy na początek Naszych spotkań z poezją akurat wiersz Wisławy Szymborskiej. W październiku rozpoczął się bowiem kolejny etap kampanii "Niektórzy lubią poezjępopularyzującej czytanie poezji. Kampania ta jest jednym z głównych zadań leżących przed powołaną w ubiegłym roku Fundacją Wisławy Szymborskiej w ramach realizacji testamentu polskiej noblistki. W kolejnej odsłonie akcji zaprezentowane zostaną billboardy oraz plakaty promujące czytanie poezji. Kampania prowadzona będzie w Krakowie oraz w Warszawie. Pomysłodawcy akcji chcą nie tylko zachęcać ludzi do czytania wierszy, ale również pokazać, że poezja łączy osoby różnych pokoleń i profesji (do udziału w tej części kampanii zaproszone zostały m.in. Pierwsza Dama Anna Komorowska, Magdalena Cielecka, Anna Maria Jopek, Tomasz Majewski oraz Wojciech Waglewski).
                          „Niektórzy lubią poezję” – spróbuj i Ty. 
Zapraszamy również do obejrzenia spotu kampanii: 




poniedziałek, 21 października 2013

Podróż w czasie


Był słoneczny, lipcowy poranek. Siedziałam na tarasie w naszym apartamencie, czytając książkę. Nagle mama oznajmia, że dzisiaj o 12:00 wyruszamy w rejs statkiem wycieczkowym. Będziemy płynąć przez trzy dni, podziwiając piękne wyspy Chorwacji. Ucieszyłam się na tę wiadomość i od razu pobiegłam się spakować, nie zapominając o ulubionym aparacie fotograficznym, z którym nigdy się nie rozstaję.
                Na statku przydzielono nam trzyosobową kajutę, dla mnie i rodziców. Po rozpakowaniu została nam jeszcze godzina do uroczystego obiadu, więc razem z rodzicami wybraliśmy się na spacer po pokładzie statku. Byłam zachwycona, gdy zobaczyłam wielki basen z kilkoma zjeżdżalniami.   Siłownia, a nawet salon masażu – wszystko do naszej dyspozycji...
                Podczas uroczystego obiadu przywitał nas kapitan statku, omawiając program wycieczki. Najbardziej nie mogłam się doczekać momentu, kiedy dopłyniemy do miejsca, gdzie pływają delfiny. Dzieliły nas cztery  godziny do spotkania z tymi wspaniałymi stworzeniami, które zawsze marzyłam spotkać.
                Popołudnie postanowiliśmy spędzić na basenie. Świetnie się bawiłam, zjeżdżając na zjeżdżalniach i grając w siatkówkę z innymi uczestnikami wycieczki. Nagle zerwał się silny wiatr i nadciągnęły ciemne chmury. Po chwili na ciele poczułam małe kropelki deszczu. Pobiegliśmy szybko do swoich kajut, myśląc, że zaraz rozpęta się burza. Statek zaczął się kołysać, aż przedmioty z półek spadały na podłogę. Ogromne fale zaczęły zalewać pokład, a kapitan kazał nam założyć kamizelki ratunkowe. Przerażeni wykonaliśmy polecenie, a ja poczuła się jak na "Titanicu" i wcale nie było mi do śmiechu…  Zawyły syreny. Wszyscy z krzykiem wybiegli z kajut. Panika ogarnęła całą załogę. Z minuty na minutę statek coraz bardziej się przechylał, a to w prawo, a to w lewo. Trzymałam się kurczowo barierki. Wtem zobaczyłam zbliżającą się kilkumetrową falę, która pochłonęła mnie w otchłań morza... Poczułam niemoc i bezsilność. Zauważyłam pływających obok mnie rodziców, podniosło mnie to na duchu. W tej samej chwili, tuż za nimi wyłoniły się trzy płetwy grzbietowe.                                                             
- Czyżby rekiny? - pomyślałam. Były to na szczęście delfiny. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Nagle jeden z nich podpłynął do mnie i dał mi znak, że mogę go dosiąść. Zrobiłam to, choć niepewnie, a zwierzę wydało z siebie radosny dźwięk. Rodzice naśladowali moje ruchy i razem płynęliśmy do brzegu.
- Marta! - zawołała mama. Odwracam się do niej, ale nie odpowiada.              
- Marta, obudź się! - znowu usłyszałam głos. Otworzyłam oczy i okazało się że to tylko sen...

Marta Szpyrka

Wakacyjna zmiana


Jestem Monika i mam szesnaście lat. Do poprzednich wakacji byłam niemiłą i nieposłuszną dziewczyną, której opinia nie była zbyt dobra. Co takiego więc stało się w tamte wakacje ?
Wyjechałam z mamą nad morze. Była to ucieczka od zanieczyszczonego środowiska,  jak wspominała mama. Ne tryskałam radością, słysząc o wyjeździe z moją czepiającą się o wszystko matką. Miałam jej dosyć.
Kiedy znalazłyśmy się na miejscu, mój humor był jeszcze gorszy. Rozpakowywanie się przebiegło w nieprzyjemnej atmosferze, a mama pogarszała sprawę, pouczając mnie jak mam układać ubrania w szafie.
Następnego dnia moja rodzicielka zakazała mi wychodzenia bez niej z hotelu, ponieważ nie podobało jej się moje zachowanie poprzedniego dnia. Obrażona spędziłam poranek ze słuchawkami w uszach. Na szczęście po południu przyszło zbawienie. Wybrałyśmy się razem na plażę. Słońce,  piasek, woda i spokój. Tego było mi trzeba. Przez parę godzin wygrzewałam się na kocu i nie zwracałam uwagi na nic. W pewnej chwili poczułam zimną ciecz na nogach. Gdy otworzyłam oczy, okazało się, że to mama polała mnie wodą od stóp do głów.
- Mamo! – krzyknęłam wściekła. – Co ty robisz?!
- Nic. To tylko żart – powiedziała całkiem spokojnie.
- Niezły mi żart – burknęłam pod nosem. Weszłam do morza, bo i tak byłam już mokra. Postanowiłam więc trochę popływać.
            Kiedy wychodziłam z wody zauważyłam, że zgubiłam bransoletkę, którą wcześniej miałam na ręku. Założyłam okularki i zanurkowałam, aby jej poszukać. Płynęłam w głąb morza. Nigdzie nie widziałam zguby. Na raz zahaczyłam strojem kąpielowym o kamień. Nie potrafiłam się uwolnić. Brakowało mi powietrza. Zrobiło mi się ciemną przed oczami. Straciłam przytomność…
Obudziłam się na łóżku. Obok mnie na krześle siedziała piękna kobieta. Miała brązowe, długie włosy, podłużną twarz i była ubrana w długą niebiesko-zieloną suknię.
- O, nareszcie się obudziłaś – powiedziała melodyjnym głosem - pewnie się zastanawiasz, gdzie jesteś. Znajdujemy się w stolicy morza. W samym sercu Świata. Ja nazywam się Aria i jestem władczynią tego miejsca.
- Ach, dobrze wiedzieć – powiedziałam z kpiną. – Gdzie jest ukryta kamera?
- Nie ma. Jesteś tu, aby się zmienić. Też kiedyś byłam taka jak ty: nieznośna, nieposłuszna i wścibska. To miejsce mnie jednak zmieniło. Ciebie też powinno.
Nie wierzyłam w to, co mówiła ta kobieta. Myślałam, że jest obłąkana. Wstałam z łóżka. Otworzyłam ogromne drzwi. Chciałam wyjść, ale powstrzymały mnie ostrza włóczni, które skrzyżowały się przed moją twarzą.
- Kochana. Nie wyjdziesz stąd dopóki nie zmienisz swojego postępowania – powiedziała stanowczo Aria.
- Co to w ogóle ma do rzeczy? Jedna zła dziewczyna więcej czy mniej nie zrobi różnicy – stwierdziłam.
- Właśnie, że zrobi. Chodź pokażę Ci dlaczego – mówiła władczyni. Prowadziła mnie przez długi korytarz.  Weszłyśmy do dużego pomieszczenia z ekranem. Wyświetlił się na nim obraz Ziemi. Jednak różnił się trochę od animacji, którą znałam. Zamiast zielonych i niebieskich obszarów były tylko brązowe i żółte.
- Tak będzie wyglądać Ziemia, jeżeli ludzie się nie zmienią. Każda kłótnia, wypowiedziane słowo w złej intencji, a przede wszystkim takie osoby jak ty niszczą ten Świat – mówiła Aria. Zamurowało mnie. Serce zabiło szybciej. Ten widok, który zobaczyłam mnie naprawdę uderzył. Przypomniała mi się każda kłótnia z mamą i rówieśnikami. Zakręciło mi się w głowie... Usiadłam na podanym przez władczynię krześle.  Co mam z tym wszystkim zrobić?
- Widzę, że rozumiesz. Jeśli się zgodzisz zostać jakiś czas, nauczę cię jak być dobrą. Co ty na to? – zapytała Aria. Nie wiem dlaczego, ale się zgodziłam. Chciałam przemiany.
            Minął miesiąc. Władczyni codziennie uczyła mnie jak postępować. Byłam inną osobą. Dostałam pozwolenie na powrót do domu. Odzyskałam bransoletkę. Wypłynęłam na powierzchnię morza. Zobaczyłam mamę leżącą na kocu. Podbiegłam do niej i ją przytuliłam.
- Dziecko, co ci się stało? – zapytała zaskoczona.
- Tak za tobą tęskniłam – odpowiedziałam.
- Nie było cię dosłowne pięć minut !
- Ale… Faktycznie. Przepraszam za moje zachowanie.
- Och… Wszystko w porządku skarbie – pogłaskała mnie po głowie mama.
            Od tamtej pory z mamą dogaduję się świetnie. Tamte wakacje rzeczywiście zmieniły mnie. Na zawsze.

Oliwia Kasperska

Dzikie wakacje


Wydarzyło się to wszystko na początku wakacji, zaraz po zakończeniu roku szkolnego.
        Zaczęłam się pakować w ostatnim dniu szkoły, bo dzień po zakończeniu mieliśmy wyjeżdżać z moimi najlepszymi przyjaciółmi: Lily, Martinem i Natanem. Nie chodziliśmy do jednej klasy, ale znaliśmy się z liceum.
        A właśnie! Jeszcze się nie przedstawiłam… Nazywam się Maggi Wesley i chodzę do szkoły w Winnipeg, w Kanadzie. Mam 16 lat ( tak jak Lily, bo chodzimy do jednej klasy, Martin i Natan mają 17). Szczerze, to chciałabym już być pełnoletnia... Nienawidzę moich przybranych rodziców. Tak właściwie to nie ufam nikomu innemu tylko Lily. Kiedy miałam 12 lat, moi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Ja na moje szczęście ocalałam…
       Wracając do wakacji… Najpierw tata Nathana zawiózł nas do portu morskiego w Vancouver swoim samochodem. Potem wszyscy wsiedliśmy na statek płynący na Kubę - do Havany. Bardzo się cieszyłam z naszego wyjazdu, bo już od dawna skrycie podkochiwałam się w Nathanie… Wiedziała o tym oczywiście tylko Lily, ale i tak domyślałam się, że nic z tego nie będzie. Lily na razie nie chciała mieć chłopaka, ale mnie bardzo zależało na Nathanie…
       Płynęliśmy 2 dni i kajutę mieliśmy wszyscy razem. Mnie to oczywiście odpowiadało w 100%! Już chciałabym być na miejscu w hotelu (pokój w hotelu też mamy wspólny), bo może coś wyjdzie z Nathanem i to nie będzie tylko przyjaźń... Następnego dnia poszliśmy wszyscy na śniadanie. Atmosfera była trochę napięta, ale Nathan i tak się do mnie uśmiechał.
- Ej! – zaczęła Lily – Czemu wszyscy są tacy spięci?! Wakacje mamy i trzeba je wykorzystać!
- Dobra! – wykrzyknęłam. – Dzisiaj już będziemy na miejscu, więc gdzie idziemy - do kina czy na zakupy?
- Nigdzie – odburknął Martin. – Nie idziemy ani do kina, ani na zakupy tylko będziemy pływać w przyhotelowym basenie. Nagle ni stąd, ni zowąd cały statek zaczął się trząść, a my kręciliśmy się w kółko.
- Co to?! – krzyczałam przerażona i mimowolnie przytuliłam się do Lily.
- Chyba wpadliśmy w wir wodny! – zauważył Martin.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami, tak jakbym zemdlała…
       Kiedy się obudziłam, byłam w jakimś dziwacznym miejscu... Wszystko wokół miało takie ciemne i ponure kolory.
- Lily, Martin, Nathan! Gdzie jesteście?! – zawołałam przerażona.
Ledwo skończyłam zdanie, a oni spadli na mnie jakby z nieba.
- Gdzie my jesteśmy? – zdziwiona Lily masowała obolałą głowę.
- Nie pytaj mnie, sama nie wiem… - odpowiedziałam.
- Patrzcie, tam się coś rusza! – wykrzyknął Martin. – Chodźcie schowamy się za tą wielką skałą.
Wielki cień zbliżał się do nas coraz szybciej. Cała trzęsłam się ze strachu. Oddychałam tak szybko i głośno, że to coś na pewno mnie usłyszało.
- Kto tu jest?! – zawołał ktoś grubym głosem. Podszedł bliżej i odsunął skałę, za którą siedzieliśmy. Okazało się, że był to olbrzym z wielkim pryszczatym nosem i burzą loków na głowie.
- Przepraszamy panie olbrzymie, że zakłócamy pana spokój, ale trafiliśmy tutaj przypadkiem - wydukałam.
- Aha! – wykrzyknął. – Nie jesteście jedyni. Już wcześniej miewałem gości, ale nigdy tak młodych. Mam na imię Denis.
- Miło nam. Wyjechaliśmy na wakacje, ale coś nas wciągnęło, tutaj – powiedziała Lily.
- Pomogę wam się stąd wydostać. Wiem co zrobić, by wyjść z powrotem.
- Co takiego? – zapytał szybko Nathan.
- Spójrzcie. Jesteśmy w moim ogrodzie, a to mój dom.
Wszyscy spojrzeliśmy na ogromną budowlę za nami.
- I co musimy zrobić? – zapytałam zdenerwowana.
- Musicie w tym domu znaleźć 4 kamienie szlachetne: szafir, rubin, szmaragd i cytryn, a następnie włożyć je do zbroi rycerskiej.
- Jak to mamy zrobić? – zapytałam.
- Macie tu 4 mapy całego domu, a kamienie są zaznaczone ich kolorami.
- Łatwizna! – krzyknął uradowany Martin
- Nie wydaje mi się… - stwierdziła Lily.
       Wszyscy weszliśmy do domu i rozdzieliliśmy się każdy w swoją stronę. Ja miałam zaznaczony na mapie kolor czerwony (rubin). Lily niebieski (szafir), Natan zielony (czmaragd), a Martin żółty (Cytryn). Musiałam iść tylko w górę schodami, potem prosto, 2 razy w prawo i potem w lewo i już byłam na miejscu. Znalazłam poluzowaną cegłę w ścianie i tam znajdowało się świecidełko. Trochę zabłądziłam, idąc z powrotem, ale kiedy byłam już przy zbroi, reszta na mnie czekała.
- Dobrze wam poszło. Chodźcie za mną! – poinformował nas Denis.
Zaprowadził nas do kolejnej zbroi. Przekręcił jej dłoń o 360 stopni i otworzyło się jakieś tajemne przejście.
- Do widzenia przyjaciele!
- Do widzenia Denisie! – Powiedziałam, uśmiechając się do trzymetrowego olbrzyma.
Weszliśmy do drzwi, trzymając się za ręce i zaczęliśmy znowu spadać w dół, aż znaleźliśmy się na placu zabaw obok naszego podwórka.
- Ale to była niesamowita przygoda – westchnęła Lily.
- Ja jej na pewno nie chcę powtarzać! – wykrzyknął stanowczo Martin.
Zaśmialiśmy się wszyscy. Martin i jego poczucie humoru… Potem rozeszliśmy się - każdy w swoją stronę.
        Wróciłam do domu i przytuliłam się do mamy.
- Ale miałam przygodę, mamo! – powiedziałam do niej. – Opowiem ci wszystko później, teraz jestem bardzo zmęczona.
      Po tegorocznych wakacjach nie miałam najmniejszego zamiaru wyjeżdżać poza granicę Kanady. Tutaj było mi dobrze…

Julia Drzewiecka